piątek, 11 sierpnia 2017

Co słychać w ogródku?

Dawno nie było u mnie postów ogrodniczych, przepadłam z nimi na amen i cisza głucha nastała - to wszystko (nie)stety za sprawą ogromnych zmian. Teraz o nich pisać nie będę, bo to grubsza sprawa, lecz nie mogę się po prostu powstrzymać, by nie pokazać paru zdjęć letniego ogródka. Nie byle jakiegoś tam, lecz mojego, wyśnionego i wymarzonego. ;))


Uwielbiam zieleń, kwiaty, naturę. Wśród nich odpoczywam, przy nich się wyciszam - nawet wtedy (a właściwie przede wszystkim wtedy), gdy trzeba pielić, podlewać, siać, sadzić i pielęgnować, a potem patrzeć czy równo rośnie. ;) A pomyśleć, że gdy byłam młoda, nie widziałam w tym nic pociągającego! No i te robaki wszędzie!!! :)) Cóż, w końcu ziemski znak jestem, nie ucieknę przed tym, co w gwiazdach zapisane zostało. ;)



Radość moja na widok pierwszych ploników jest jak radość dziecka, która okrąża Ziemię i wraca jak bumerang, by ją podwoić i potroić powodując podskoki i piski. Każdy z nas nosi w sobie kawałek dziecka przez całe życie, a ja swojemu daję dojść do głosu. ;) Ale jak tu trzymać jego zachwyt na wodzy, gdy oczy zobaczą swój pierwszy w życiu pomidor?!


Albo rzodkiewki, ogórki, cukinię, fasolkę, buraczki, marchewki...



... a nawet własne pierwsze ziemniaki!


 W czerwcu radością były trzy kiście porzeczek, w lipcu agrestu sześć gron, a w sierpniu jedna malina! :)) Za to ile radości! ;)


Zielonego ci u mnie dostatek, a nawet naddatek. ;)


Jedynie kwiatów nie ma co fotografować, bo deszczowe lato pozbawiło je urody. Ostróżki, malwy, dalie, kosmosy starają się dzielnie trzymać, lecz nie do twarzy im w zgniłych sukienkach.


Na szczęście motylom to nie przeszkadza.



I na koniec ostatnia nasza radość - mały florysta. ;)


Pozdrawiam
Ewa

niedziela, 6 sierpnia 2017

Nostalgicznie

Ostatnio, jak zapewne zauważyłyście, biorę udział w wielu wyzwaniach. Traktuję je jako mobilizację do twórczych prac, jako kreatywne pobudzenie szarych komórek, ale także jako inspirację, a zarazem przyjemną naukę. Nie na wszystkie mam oczywiście czas, choć oczy świecą się na wiele z nich, to niestety nie umiem jeszcze rozciągnąć doby. ;) Zauważyłam, że jednym z takich wyzwań, które jednocześnie stanowi dla mnie prawdziwą lekcję są tak zwane lifty. Nie dosyć, że prezentowane kartki są cudnej urody, więc już sama inspiracja taką kartką jest świetna, to jeszcze można, a właściwie trzeba takową elegancko skopiować! ;) Dla mnie jest to niesamowity krok naprzód w zgłębianiu scrapbookingu, przełamuje niepewność w komponowaniu i ogólnie dodaje odwagi w  tworzeniu. Dlatego z czystą przyjemnością zabrałam się za lift pięknej kartki Ewy S. ogłoszony na blogu Towarzystwa Dobrej Zabawy. 


Po raz pierwszy zrobiłam kartkę kombinowaną, czyli nie jakiś zwykły kwadrat czy prostokąt a kartkę typu "fiku miku". ;) Dla mnie to odkrycie na miarę Ameryki! Od tej pory moje twórcze horyzonty poszerzyły się jak bary kulturysty przed mistrzostwami Bodybuilding! ;) I mogę kombinować. ;)


 Zgłaszam mój lift na wyzwanie do Towarzystwa Dobrej Zabawy.

Tworząc tę kartkę wykorzystałam papiery Lemon Craft z serii House of Roses, w których się po prostu zakochałam! Jak dla mnie są obłędne. Kartki same wychodzą ślicznie, nawet u niedoświadczonego twórcy. ;) Są pięknie nostalgiczne, dlatego poszłam za ciosem i zrobiłam kolejną karteczkę. I wiem, że nie ostatnią z tej kolekcji. 


Oczywiście teraz widzę, że mogłam ją zrobić bardziej przestrzennie, tak jak i lift Ewy, ale to ten brak odwagi i doświadczenia jeszcze mnie blokuje, ale będzie lepiej! 



Myślę, że mogę ją zgłosić na pierwsze wakacyjne wyzwanie Lato z Lemon Craft, pod tytułem "Powrót do przeszłości". Wyzwanie trwa całe lato, będzie ich w sumie cztery (drugie było świąteczne, więc u mnie pojawią się w sierpniu trzy zimowe karteczki wzwaniowe, a wczoraj pojawiło się już trzecie, dla mnie trudne, bo z użyciem zdjęcia lub grafiki, a tego nigdy nie próbowałam), ale można się zgłaszać cały czas i dodawać prace. Bardzo bym chciała zdążyć na wszystkie, ale jak to będzie - nie wiadomo... :) W każdym razie Dom Róż ze swoimi wyblakłymi barwami, pocztowymi kartkami i stemplami idealnie nadaje się do stworzenia kartki niczym starannie zachowanej pamiątki z przeszłości. Bo wspomnienia, te którym było dane przetrwać, prędzej czy później oblekają się w patynę przeszłości.


Na koniec, tak a propos wyzwań, chciałam poinformować, że mój niebieski łapacz zdobył trzecie miejsce w wyzwaniu Koronkowa robota. Bardzo dziękuję! :))



Dzisiaj żegnam się z Wami lekko nostalgicznie
Ewa


środa, 2 sierpnia 2017

Pokoik z widokiem na morze

Mój ostatni post o łapaczu i pstryknięcie kilku elementów wystroju pokoju mojej mamy oraz tego co za oknem, a także fakt, że bywam teraz w domu rodzinnym codziennie, potrącił nostalgiczną nutę w mojej duszy. Naszła mnie refleksja nad wspomnieniami z dzieciństwa. Każdy je ma, każdy inne, i każdy pełne serce. Inne mogą się pozacierać, porozmywać i zagubić na przestrzeni upływającego czasu, ale te z dzieciństwa są najtrwalsze, najliczniejsze i chyba najskrupulatniej przechowywane.


Jedno z takich właśnie wspomnień - obrazów z mojego dzieciństwa, to widok z okna. Jest taki jak na zdjęciu powyżej i taki zostanie w mym sercu na zawsze. Moje biurko stało pod oknem i cokolwiek przy nim robiłam, czy to odrabiałam lekcje, czy wkuwałam słówka, rysowałam, czy pisałam pamiętnik zawsze w przerwach patrzyłam na morze. W ile barw przez te lata morze się oblekło, nie zliczę! O każdej porze dnia z niebem w kolory grało. Było blade i zziębnięte, stalowoszare i ponure, było atramentowe, kobaltowe i lazurowe. Było jaskrawe i było zamglone. Wzburzone i gładkie jak szkło. Niebo nad nim bywało puste jak płótno gotowe na pierwsze dotknięcie artysty albo pomazane różowawą farbą zachodzącego słońca niczym żywą ekspresją dziecięcych paluszków. Było nakrapiane dziesiątkami obłoków. Chmury nieraz tak ciężkie wisiały, że brzuchy prawie w nim moczyły. A ile piorunów przez ten czas połknęło, ho, ho! :)



Nie wiem, czy na tym zdjęciu dobrze widać cienką linię na horyzoncie, bo chciałam się Was zapytać jak myślicie: co to może być? Podpowiem, że to nie Szwecja. ;))


Poniżej zbliżenie owego lądu.... Pewnie trudno w to uwierzyć, ale to Półwysep Helski! Tak, tak, przy ładnej pogodzie, gdy widoczność jest dobra, można z sopockich okien mojego gniazda zobaczyć Hel z jasną plażą, sosnowym lasem i miniaturowymi domkami na brzegu, które po zmroku mrugają do nas punkcikami światełek. Może uda mi się kiedyś zrobić i takie nocne zdjęcie.


A tymczasem, na koniec, jeszcze jeden widok z okna... wieczorny, przy zachodzącym słońcu.


Dobranoc
Ewa


niedziela, 30 lipca 2017

Koronkowe niebo

Pozostaję w temacie łapaczy. Lubię je wykonywać i to w różnych stylach - te stonowane i kolorowe, romantyczne i surowe, małe i duże. Ostatnio były plecione, to dzisiaj dla odmiany będzie koronkowy. Jest coś uspokajającego w powtarzalnym powoływaniu do życia różnokolorowych okręgów. Myśli odpływają zlewając się z monotonnym szumem deszczu w jedno, by zatoczyć wraz z nicią kordonka kolejne koło.

Ten łapacz miałam zrobić już dawno, ale ciągle coś przeszkadzało. Potem myślałam, że zrobię go na imieniny, ale teraz mam zupełnie inny pomysł na imieninowy prezent w głowie, dlatego powstał bez okazji. Choć bez okazji, to po to, by łapać dobre sny i marzenia.


Zrobiłam go dla mamy. Jest koronkowy - w kolorze nieba, które widać, gdy leży się na łóżku i w kolorze morza, które widać, gdy się na łóżku usiądzie. ;) Ma koronki, wstążeczki, piórka i serduszka, które obowiązkowo musiały być ;) oraz po raz pierwszy pomponiki na obręczy. Jest romantyczny i kobiecy.


Myślę, że wpisuje się w klimat pokoiku...



Mój niebiański koronkowy łapacz zgłaszam na #21 wyzwanie w DIY - zrób to sam: Koronkowa robota.



Dobrego tygodnia!
Ewa


środa, 26 lipca 2017

Skraftuj - jak to łatwo powiedzieć

Jaką wiedzę tajemną kryją te wszystkie niedostępne zwykłym śmiertelnikom mix mediowe dzieła? Na to pytanie mogą odpowiedzieć tylko wtajemniczeni lub odpowiednio długo zgłębiający ową sekretną i nieuchwytną materię. Znają na pamięć receptury layoutów i art journali, mikstury tagów i zaklęcia otwierające exploding boxy. Wiedzą ile użyć gesso i czy szczypta mikki wystarczy, czy sięgnąć po inkę, a może po fimo, garść mikrokulek wrzucona do kotła da inny wywar niż artisan powder, i jak rozpylić mgiełki, by nie stracić smaku, a na koniec, w zależności od receptury, doprawić embossingiem lub glossy accent. ;)) Jak widzicie, księga zaklęć jest opasłym tomiszczem i  sama nie wiem ile tajemnic jeszcze skrywa!


Ale są też śmiałkowie, którzy samodzielnie złamali szyfr scrapbookingowy. Ba, nawet na jego podstawie sporządzili własne magiczne ekstrakty. Owym śmiałkiem miałam się stać i ja, gdy na stronie blogowej Retro Kraft Shopu przeczytałam o wyzwaniu Skraftuj to!, w którym trzeba było użyć metalowych serwetek. Już oczami wyobraźni widziałam trochę surową, trochę męską kartkę z pięknie wkomponowanym metalowym elementem. Wybrałam papier, różne dodatki, docięłam, poukładałam i z metalową rozetką w dłoni zastygłam czekając na to, co umysł podpowie. Czekałam i czekałam, czas upływał a umysł milczał. Ręce opadły kombinując samodzielnie (bo bez pomocy umysłu), gdzie by tu wcisnąć ów metal. No nie pasuje! Skraftuj - jak to łatwo powiedzieć! Zanuciłam parafrazując znaną piosenkę i już wiedziałam, że tego szyfru nie zdołam złamać.


Chowając na miejsce, jak niepyszna, nieużyte akcesoria poczułam jak tu nagle, niespodzianie umysł zaczął działać. Przecież ja też znam zaklęcia, co prawda nie scrapbookingowe, ale dreamcatcherowe! :)) A gdyby tak wykorzystać metalową serwetkę jako środek łapacza snów otoczonego koralikową siecią? Wyjdzie bardziej wschodni, indyjski, coś pomiędzy mandalą a łapaczem... I tak oto nie poddałam się, tylko sobie skraftowałam metalową rozetkę. I nie zaśpiewam, że łatwo powiedzieć, bo nawlekanie tych koralików może wprowadzić, w zależności od stanu wyjściowego twórcy, albo w stan medytacyjny, albo w nerwicę natręctw! :))

Kolor metalowej sprawczyni całego zamieszania narzucił kolorystykę. Wybrałam ciemne zielenie i beże, koraliki małe i duże, oraz piórka. Nie dawałam już żadnych koronek i tasiemek, bo mi po prostu nie pasowały stylem. I wyszedł taki, jak już zdążyliście zobaczyć. :))


Dlatego zgłaszam na kończące się już wyzwanie w Retro Kraft Shop Skraftuj to! Metalowe serwetki



Przy okazji, poszłam sobie za ciosem i zrobiłam drugi, mniejszy łapacz też z metalowymi elementami - skrzydełkami i listkami. Chciałam, by klimatem był podobny do pierwszego. Nie każdy musi być w koronkach... ale o tym w następnym poście. ;) I jak Wam się widzi ten drugi? A pierwszy? :))




Pozdrawiam z rozpadanej północy ;)
Ewa

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...